Z życia wzięte

Nie ma to jak na własne życzenie utrudniać sobie życie

– Pieluchy wielorazowe? WTF? Nie ma to jak na własne życzenie utrudniać sobie życie – tak zareagowałam, gdy pierwszy raz usłyszałam o „wielopielo”. Nie lubię jednak stanu umysłu, który nazywam „heheszki bez researchu” i staram się nie naśmiewać z cudzych upodobań, jeśli dokładnie nie obadam sprawy. Zasiadłam więc ochoczo przed komputerem i rozpoczęłam wielopieluchowe śledztwo.

Wstąpiłam w szeregi facebookowej grupy mamusiek, które znają temat na podstawie własnego doświadczenia. Po dwóch minutach czytania postów dostałam kociokowiku: otulacze, kieszonki, formowanki, AIO, OS, NB, SIO… Branża pieluchowa stworzyła swój własny kod, którego mój umysł (w tym czasie ciążowy) nie ogarniał. Chęci do dalszego zgłębiania tematu powoli malały. Pieluchowy bóg jednak czuwał nade mną i pewnego dnia, zwiedzając bez konkretnego celu zakamarki internetu, natrafiłam na profil lokalnej Pieluchoteki. – Czego to ludzie nie wymyślą: wypożyczalnia pieluch – znów wskoczyłam na swoje maruderskie tony. Przeczytałam kilka postów, zapoznałam się z regulaminem i, ku memu zaskoczeniu, stwierdziłam, że może warto spróbować. A nuż podczas rozmowy z założycielką tego dziwnego miejsca dowiem się wreszcie czegoś sensownego i to w zrozumiałym języku. Ostatecznie doszło do spotkania, w którym uczestniczyły zaprawione w wielopieluchowym boju matki i świeżynki takie jak ja. Machina kodów nazewniczych została natychmiast uruchomiona, więc notowałam wszystko w swoim kajeciku. Było łatwiej, ponieważ każde tajemnicze słowo czy skrót miało swego realnego reprezentanta, którego można było zmacać i dokładnie obejrzeć. I co tu dużo gadać: wpadłam po uszy. Kolory i faktury są w stanie zachwycić nawet najbardziej wymagających w sferze doznań estetycznych. Tylko czy piękno może być jedynym wyznacznikiem, by porywać się na naukę sztuki wielopieluchowania?

Otulacz wełniany "Holly"
fot. Katarzyna Maziuk

Po trzykroć na TAK

Dla romantycznych dusz zapewne same względy sensualne wystarczą. Dla mnie – z lekka może i szalonej, ale mimo wszystko twardo stąpającej po ziemi – już nie. Byłoby więc po temacie, gdyby nie moja znajoma – matka czterech małych dżentelmenów, których pupy skrzętnie otulała pieluchami wielorazowymi. Od niej dowiedziałam się, że plusów takiego wyboru na moczowo-kałowej drodze jest więcej, a zamykają się one w „trzech E”: estetyka, ekonomia i ekologia.

O estetyce już pisałam. Wspomnę jeszcze tylko górnolotnie, że dotykanie wełnianego otulacza przywodzi na myśl smyranie bosą stopą wiosennej trawy. Jest moc.

fot. Agnieszka Hurysz

Schodzimy na ziemię i zaglądamy do portfela. Otóż zestaw wielokrotnego użytku pieluchowego na start nie jest tani, nie ma się co oszukiwać. Potrzebne nam kilka otulaczy, do tego wkłady chłonne i często specjalne preparaty odkażające czy do pielęgnacji chociażby wełny. Można taki wydatek oczywiście rozłożyć w czasie i sukcesywnie zwiększać stosik pieluch. Można też pójść po taniości i kupić tylko otulacze i tetrę. Niezależnie, jaką drogę obierzemy, zawsze będzie to oszczędność w porównaniu ze zwykłymi pieluchami jednorazowymi. Przez okres dwóch lat pieluchowania w przypadku wyboru opcji jednorazowej wydaje się około trzech do sześciu tys. złotych, a w opcji wielorazowej (jeśli nie staniemy się kolekcjonerami, bo i tak bywa) jest to koszt rzędu siedmiuset – tysiąca siedmiuset złotych. Nawet doliczając opłaty za prąd i wodę (wiadomo: wielorazówki trzeba prać), to i tak nie dogonimy kwoty, jaka jest potrzebna przy jednorazowych pieluchach. Poza tym wielopieluchowy zestaw można użyć przy drugim dziecku albo, gdy nie jest już nam potrzebny, sprzedać i odzyskać część wydanych środków.

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze względy ekologiczne. Jeśli nie chcesz, żeby Twoje dziecko utonęło w przyszłości pod stertą brudnych, zużytych i śmierdzących pieluch walających się po wysypiskach, musisz pokombinować. Opcje są dwie: albo wybierasz jednorazowe pieluchy ulegające biodegradacji (są o wiele droższe niż te zwykłe śmieciogenne), albo idziesz w stronę pieluch wielorazowych. Problem wcale nie jest taki mały. Cytując kultową już książkę Giorgi Cozza „Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu”: Już w 1993 roku Greenpeace zwracał uwagę na zniszczenia dużych połaci lasów do produkcji pieluch jednorazowych (…). Aby uzmysłowić sobie wagę problemu, przypomnijmy, że we Włoszech codziennie zużywa się sześć milionów pieluch jednorazowych… Produkcja pieluch pochłania znaczną ilość energii, wody i właśnie drewna wraz z dużymi ilościami produktów chemicznych. Ścieki pochodzące z obróbki celulozy, tworzyw sztucznych i hydrożelu zawierają rozpuszczalniki, metale ciężkie, polimery, dioksyny, itp. Wybielanie celulozy powoduje wydzielanie się do powietrza kolejnych ilości dioksyn, a ich spopielanie prowadzi do emisji toksycznych gazów. Ale sprawa na tym się nie kończy, a wręcz przeciwnie… Zużyta pielucha trafia na wysypisko i zaczyna się problem (znaczący) jej likwidacji: jednorazowa pielucha rozkłada się w ciągu aż pięciuset lat! Grubo, prawda? Jeśli w nosie masz środowisko, to pomyśl chociaż o skórze własnego potomka, która nie dość, że odcięta jest od przepływu powietrza, to jeszcze traktowana chemicznymi do szczętu jednorazówkami. Żaden z producentów tychże nie podaje na opakowaniu dokładnego składu, nie jest to obowiązkowe, na ich szczęście. W tym miejscu ekologia zazębia się z kwestiami zdrowia. Poza naturalnością materiałów pieluchy wielorazowe pozwalają skórze swobodnie oddychać oraz wspierają fizjologiczne ułożenie bioderek. Dają też dziecku możliwość doświadczenia uczucia sucho/mokro, a to ma wpływ na szybkość odpieluchowania i ułatwia tenże proces.

fot. źródło: http://elka.pl/content/view/84572/80/#akocomment1190059

Złe dobrego początki

Powyższa argumentacja wystarczyła mi, żeby po wstępnych obiekcjach ostatecznie wejść w świat pieluch wielorazowych. Nie szalałam z zakupami. Zdecydowałam się na dwa otulacze wełniane, dwie formowanki, dwa wkłady i sporo tetry. W szpitalu, po urodzeniu synka, nie miałam sił ani odwagi, żeby korzystać z „wielopielo”, więc używałam biodegradowalnych jednorazówek. W domu, dopiero po dwóch tygodniach, gdy zaczęłam z grubsza ogarniać chaos macierzyństwa, sięgnęłam po zakupiony zestaw. O ile otulacz w połączeniu z formowanką i wkładem to pikuś: każdy prędzej czy później opanuje sztukę ich zakładania; o tyle tetra doprowadziła mnie na skraj załamania. Ułożenie jej w jakiś samolocik, latawiec, skrzydła anioła, bikini czy safari to kara za grzechy. Do tej pory jest to dla mnie udręka i korzystam z pomocy męża, który w przeciwieństwie do mnie ma anielską cierpliwość i dał radę tę sztukę opanować po kilkukrotnym obejrzeniu instrukcji na YouTubie. Ja ograniczam się do prostokąta i tyle.

fot. Aneta Zychma

Gdy dziecko się wierci albo co gorsza wierzga nóżkami i porykuje, założenie zestawu z tetrą do łatwych nie należy i często w takiej sytuacji sięgam po awaryjne jednorazówki (przyznaję się bez bicia, że w domu mam zapas również tych zwykłych, co to potem leżą i gniją i zgnić nie mogą, niszcząc środowisko – pozbywam się ich sukcesywnie).

Przez pierwsze dni użytkowania bywało, że nie do końca prawidłowo zakładałam zestaw i dochodziło do paskudnych przecieków. Wtedy miałam ochotę rzucić wielorazówki w kąt i się z nimi pożegnać. Wygrało jednak stare porzekadło, że praktyka czyni mistrzem. Poza tym podczas stosowania zwykłych komercyjnych jednorazówek tyłek małego był zaczerwieniony i musiałam sięgać po odpowiedni kremy i mąkę ziemniaczaną. Przy pieluchach wielorazowych problemu takowego nie ma, dlatego mimo początkowego wkurzenia, wracałam co rusz do swoich otulaczy i formowanek. Obecnie, gdy mój mały człowiek ma ponad trzy miesiące, pieluchy wielorazowe królują,a po jednorazówki sięgam coraz rzadziej (zakładam je na podróż samochodem, w gości czy na noc, ale też planuję to zmienić).

fot. Aneta Zychma

Czasami jeszcze sobie pod nosem pokwękam na wielorazówki: że trzeba tę tetrę składać, że muszę robić częściej pranie, że suszarka ciągle w akcji, że one takie ładne i chciałabym więcej ;), ale tak zupełnie szczerze, to muszę się przyznać, że cieszę się ze swojej wielopieluchowej przygody i mam nadzieję, że takie rozwiązanie będzie modne i na dobre zawita w polskich rodzinach.

Tekst: Aneta Zychma, mama Janka. Z wykształcenia polonistka. Uzależniona od pisania i czytania. Od niedawna wkręcona w chustonoszenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s